Gdzie trzymać przetwory w starym domu, żeby nie spleśniały

W sierpniu mieliśmy na stole kuchennym kilkadziesiąt słoików z porzeczkami, ogórkami i śliwkami. Sprawdziliśmy termometrem, gdzie w starym domu jest najchłodniej i najsuchej, i zrobiliśmy w piwnicy porządną spiżarnię.
W praktyce
- Czas pracy
- trzy popołudnia we dwoje
- Koszt
- 250-350 zł (2026)
- Trudność
- średnie
W połowie sierpnia nasza kuchnia przypominała małą przetwórnię. Na stole stygły słoiki z dżemem z czerwonych porzeczek, na parapecie ogórki kiszone w dużych słojach, w garnku pasteryzowały się śliwki węgierki ze starego drzewa przy obórce. Karol liczył słoiki i przy czterdziestym siódmym przestał. Zadał wtedy pytanie, którego unikaliśmy od lipca: gdzie my to wszystko postawimy.
W bloku przetwory od mamy stały w szafce pod zlewem i w piwnicy na dole, w boksie z kłódką. Tutaj mamy prawdziwą piwnicę, ceglaną, sklepioną, pod częścią domu. Tylko że to ta sama piwnica, która pachnie wilgocią po każdym dłuższym deszczu. Pisałam o niej przy okazji wilgoci w starym domu. Zanim cokolwiek tam zanieśliśmy, postanowiliśmy ją zmierzyć.
Termometr z higrometrem w trzech miejscach
Kupiliśmy dwa proste termometry z higrometrem, takie z wyświetlaczem i zapisem wartości minimalnych i maksymalnych, po kilkadziesiąt złotych. Przez tydzień jeden stał w piwnicy, drugi wędrował: spiżarnia przy kuchni, sień, strych. Karol zapisywał odczyty rano i wieczorem w zeszycie prac.
Wyniki były ciekawe. Spiżarnia przy kuchni, czyli mała komórka za drzwiami, które same się zamykają, miała w sierpniu ponad dwadzieścia stopni. Za ciepło dla przetworów na dłużej. Strych w słoneczne dni dochodził do trzydziestu kilku stopni, odpadał od razu. Piwnica trzymała kilkanaście stopni nawet w najcieplejszy dzień tygodnia, ale wilgotność pokazywała przez większość czasu ponad osiemdziesiąt procent, a po deszczu jeszcze więcej.
Przetwory w słoikach znoszą wilgoć lepiej niż cebula czy mąka, bo są zamknięte. Ale przy dużej wilgotności rdzewieją zakrętki, papierowe etykiety odpadają, a na drewnianych półkach i na samych słoikach pojawia się pleśń. Słoik z rdzawą zakrętką to słoik, któremu przestaję ufać. W aptece widziałam dość leków przechowywanych w łazience, żeby wiedzieć, jak wilgoć wszystko psuje po cichu.
Najpierw powietrze, potem półki
Piwnica ma jedno małe okienko od strony ogrodu, zabite deskami przez poprzednich właścicieli, i drzwi z sieni. Powietrze tam stało. Pierwszą pracą było otwarcie okienka. Karol zdjął deski, wstawił w otwór ramkę z gęstą siatką przeciw myszom i owadom, a od wewnątrz zasuwkę z deski, żeby zimą móc je przymknąć przy mrozie.
Drugą rzeczą była szpara pod drzwiami z sieni. Nie zatkaliśmy jej, wręcz przeciwnie, zostawiliśmy, żeby był przewiew w drugą stronę. Po tygodniu z otwartym okienkiem wilgotność spadła o kilkanaście punktów i ten stęchły zapach wyraźnie zelżał. Nie zniknął całkiem i pewnie nie zniknie, dopóki nie zajmiemy się ścianą od podwórka.
Z podłogi wynieśliśmy wszystko, co tam leżało od lat: stare skrzynki, puste butelki, zbutwiałą wycieraczkę, worek po ziemniakach. Karol zamiótł, a ja wyszorowałam ściany do wysokości ramion szczotką z wodą i octem. Tam, gdzie były czarne plamy pleśni, pojechaliśmy jeszcze środkiem do pleśni z marketu budowlanego, w rękawicach i masce.

Półki z desek, które nie dotykają ściany
Półki zrobiliśmy z desek z rozbiórki starej drewutni, tych w lepszym stanie. Karol je oszlifował i zaimpregnował dwa razy, a potem zbił prosty regał: cztery półki, odstęp mniej więcej trzydzieści centymetrów, głębokość na dwa słoiki. Ważne są dwie rzeczy. Regał stoi kilka centymetrów od ściany, żeby za nim przepływało powietrze. A najniższa półka jest kilkanaście centymetrów nad podłogą, na nogach z kantówki postawionych na kawałkach cegły, żeby drewno nie ciągnęło wilgoci z posadzki.
Słoiki ustawiamy w jednej warstwie, nie w piramidach. Ciężkie, duże słoje z ogórkami na dole, dżemy i kompoty wyżej. Każdy słoik ma na zakrętce napis markerem: co to i z jakiego miesiąca. Karol chciał etykiety, ale etykiety w piwnicy odpadają, a marker na metalu zostaje.
Porządek przy przetworach jest prosty i znany od babć: słoiki muszą być szczelnie zamknięte i porządnie zapasteryzowane, zakrętka po wystygnięciu wklęsła, nie klika przy naciśnięciu. Taki słoik w chłodzie i ciemności spokojnie stoi do następnego lata. Ten, którego zakrętka się wybrzuszyła, wyciekł albo pachnie inaczej, wyrzucamy bez dyskusji, także zawartość. Na takie rzeczy w kuchni nie ma żartów.
Myszy, jabłka i kotka na straży
W piwnicy były myszy. Wiedzieliśmy o tym od zimy, bo Mimka potrafiła przesiedzieć przy drzwiach do piwnicy pół wieczoru z miną, która mówiła wszystko. Słoikom myszy nie zaszkodzą, ale wszystkiemu w papierze, w workach i w kartonach już tak. Dlatego w piwnicy nie trzymamy niczego w opakowaniach, które da się przegryźć. Mąka, kasza i cukier stoją w spiżarni przy kuchni, w słoikach i metalowych puszkach.
Jabłka na zimę będą leżały w piwnicy osobno, na drugim regale, w skrzynkach z przekładkami z papieru. Jabłka wydzielają gaz, który przyspiesza dojrzewanie innych owoców i warzyw, więc nie kładzie się ich obok ziemniaków czy marchwi. Mamy pięć starych jabłoni, nie wiemy jeszcze, ile zbierzemy. Cebula wisi w sieni, o czym pisałam przy cebuli z naszego ogrodu.
Spiżarnia kosztowała nas około 300 zł: dwa termometry z higrometrem, siatka i zasuwka do okienka, impregnat, wkręty, środek do pleśni, rękawice i maska. Deski mieliśmy. Zajęło to trzy popołudnia, z czego jedno na samo wynoszenie i szorowanie.
Piwnica ma też drugą stronę. Przy kilkunastu stopniach mrozu na dworze temperatura w środku potrafi spaść do kilku stopni, a przy otwartym okienku nawet niżej. Słoiki z kompotem i ogórkami nie mogą zamarznąć, bo woda w środku rozsadzi szkło albo wypchnie zakrętkę. Dlatego zasuwka w okienku jest nie dla ozdoby. Na mrozy przymykamy ją prawie do końca, zostawiając szparę na palec, a termometr z zapisem minimalnej temperatury powie nam rano, czy noc była bezpieczna.
Sąsiadka z naprzeciwka, która ma podobną piwnicę od czterdziestu lat, w największe mrozy stawia przy okienku stary koc na deskach. Zapisałam to sobie w zeszycie jako plan awaryjny na styczeń.
Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz
- Termometr z higrometrem postawilibyśmy w piwnicy w pierwszym tygodniu po przeprowadzce. Po roku mielibyśmy pełny obraz, a nie jeden sierpniowy tydzień.
- Okienko otworzylibyśmy od razu, jeszcze przed zimą, z zasuwką do przymknięcia. Rok stania w zatęchłym powietrzu nikomu nie pomógł.
- Zrobilibyśmy mniej słoików jednego rodzaju. Dwadzieścia dżemów z porzeczek to za dużo na dwie osoby, nawet z rodziną z Elbląga.
- Regał zrobilibyśmy z jedną półką więcej. Już jest pełny, a jabłka jeszcze wiszą na drzewach.




