Przeskocz do czytania
Menu

Na wsi

Ile drewna na zimę do starego domu

23 sierpnia 2026 5 minut czytania Ilona i Karol

Ułożone pod ścianą starego ceglanego domu porąbane drewno

W pierwszą zimę drewna zabrakło nam w lutym. W sierpniu usiedliśmy z zeszytem prac i policzyliśmy od nowa, ile go potrzebujemy na dwa piece kaflowe i kuchnię, jak je mierzyć, po czym poznać suche i gdzie trzymać do czasu, aż stanie wiata.

W praktyce

Czas pracy
dwa dni układania we dwoje
Koszt
5000-7000 zł za sezon (2026)
Trudność
średnie

Pod koniec sierpnia, w pierwszy chłodniejszy poranek, na podwórko wjechała przyczepa z drewnem. Kierowca zsypał ładunek pod ścianą obórki, wziął pieniądze, powiedział „suche jak pieprz” i odjechał. Karol podniósł pierwsze polano, postukał o drugie, posłuchał. Potem wyjął z kieszeni miernik wilgotności, który kupiliśmy w lipcu właśnie na tę okazję. Pokazał siedemnaście procent. Po pierwszej zimie mamy w tej sprawie ograniczone zaufanie i nie wstydzimy się tego.

W październiku zeszłego roku kupiliśmy drewno w pośpiechu, za późno i za mokre. O tym, jak dymiło, pisałam w pierwszym wpisie. W lutym skończyło się zupełnie i dokupowaliśmy w środku mrozów, po wyższej cenie, od kogo się dało. Tym razem chcieliśmy policzyć wszystko na spokojnie.

Metr przestrzenny, sypki i sześcienny

Pierwsze, co trzeba zrozumieć, to jednostki. Sprzedawcy podają ceny w różnych metrach i różnica w ilości drewna jest duża.

Metr sześcienny, czyli „kubik”, to lite drewno, bez szpar. Tak liczy się drewno w lesie, w kłodach. Metr przestrzenny to drewno ułożone równo w stos o wymiarach metr na metr na metr, ze szparami między polanami. Litego drewna jest w nim mniej więcej dwie trzecie kubika, zależnie od tego, jak grube są polana i jak starannie się je układa. Najmniej drewna jest w metrze nasypowym, kiedy porąbane polana wsypuje się luzem do skrzyni przyczepy. Tam drewna jest jeszcze mniej, mniej więcej połowa kubika albo trochę ponad.

Kiedy dzwoniliśmy do sprzedawców, pytaliśmy więc zawsze o to samo: za jaki metr ta cena, drewno ułożone czy sypane, jakiej długości polana, jaki gatunek i od kiedy leży. Odpowiedzi „no metr to metr” nie akceptowaliśmy. W zeszłym roku zapłaciliśmy za metry sypane jak za ułożone i dopiero przy układaniu wyszło, że stos jest wyraźnie mniejszy, niż się spodziewaliśmy.

Ile spaliliśmy i ile kupujemy

Zeszyt prac nie kłamie. Od listopada do lutego spaliliśmy około dwunastu metrów przestrzennych, a do połowy kwietnia dokupiliśmy jeszcze trzy. Razem piętnaście, w tym część mokrego, które grzeje gorzej, więc go więcej idzie. Grzejemy dwa piece kaflowe w pokojach i kuchnię kaflową, na której też gotujemy w zimne dni. Dom ma niecałe sto metrów, nieocieplony strych i stare okna, więc wynik nie jest dla nas żadnym wzorem do porównań, tylko punktem wyjścia.

Sąsiad zza płotu, który pali w podobnym domu od zawsze, pokiwał głową nad naszymi liczbami. Jego zdaniem z suchym drewnem i uszczelnionymi oknami zejdziemy niżej. Na ten sezon zamówiliśmy szesnaście metrów przestrzennych liściastego, głównie brzozy i olchy, trochę dębu do nocnego palenia. Wolimy, żeby wiosną zostało, niż żeby znowu zabrakło. Drewno, które zostanie, przeleży kolejny rok i będzie tylko lepsze.

Ceny w okolicy w 2026 roku wahały się od około 330 do 450 zł za metr przestrzenny sezonowanego drewna liściastego, zależnie od gatunku, długości polan i tego, czy sprzedawca przywozi i rozładowuje. Dąb i buk droższe, brzoza i olcha tańsze, iglaste jeszcze tańsze, ale do pieców kaflowych sąsiad go nie poleca, bo szybko się spala i mocniej brudzi przewody. Cały sezon wychodzi nas więc między pięć a siedem tysięcy złotych. Do tego bierzemy trochę drobnych gałęzi i szczap na podpałkę od sąsiada, który przycinał sad.

Dłoń przykłada miernik wilgotności do porąbanego polana
Dłoń przykłada miernik wilgotności do porąbanego polana

Po czym poznać, że drewno jest suche

Drewno świeżo ścięte ma w sobie bardzo dużo wody. Żeby dobrze się paliło, wilgotność powinna spaść do mniej więcej dwudziestu procent albo niżej. Drewno liściaste potrzebuje na to zwykle półtora do dwóch lat sezonowania, porąbane i ułożone w przewiewnym miejscu pod dachem. Mokre drewno syczy, dymi, osmala szybę i kafle od środka, a ciepła daje wyraźnie mniej, bo część energii idzie na odparowanie wody.

Bez miernika można się wiele dowiedzieć. Suche polano jest zaskakująco lekkie, ma popękane czoła, a dwa polana uderzone o siebie dźwięczą, zamiast głucho stukać. Kora łatwo odchodzi. Mokre jest ciężkie, chłodne w dotyku, czasem pachnie lasem i sokiem. Miernik wilgotności kosztował nas kilkadziesiąt złotych i bardzo upraszcza rozmowę ze sprzedawcą. Mierzy się na świeżo przełupanym polanie, w środku, a nie na powierzchni, która zawsze jest bardziej sucha.

Z tegorocznej dostawy Karol przełupał kilkanaście polan z różnych miejsc stosu. Większość pokazywała od piętnastu do dwudziestu procent, dwa dębowe po dwadzieścia kilka. Te odłożyliśmy na koniec, na luty.

Gdzie trzymać, kiedy nie ma jeszcze wiaty

Starą drewutnię rozebraliśmy wiosną, bo deski zbutwiały, a dach przeciekał. Nowa wiata ma stanąć we wrześniu. Do tego czasu drewno leży ułożone wzdłuż ściany obórki, na paletach, żeby nie ciągnęło wilgoci z ziemi. Z góry przykryliśmy je starą plandeką, ale tylko z wierzchu. Boki muszą zostać otwarte, inaczej pod przykryciem robi się parnik i drewno zamiast schnąć, pleśnieje.

Stos układaliśmy w krzyżówki na końcach, jak przy studni, żeby się nie przewrócił, i z odstępem kilku centymetrów od ściany. Przy domu trzymamy tylko zapas na tydzień, w skrzyni w sieni. Więcej drewna przy samym domu to schronienie dla myszy i wilgoć przy ścianie, o czym przekonaliśmy się, robiąc obchód domu po pierwszej zimie.

Układanie szesnastu metrów zajęło nam dwa dni, z przerwami na kawę i plecy. Karol rąbał grubsze polana, ja układałam. Rękawice robocze zdzieraliśmy w tempie jednej pary na dzień.

Część polan przyjechała za grubych do naszych pieców, które mają niewielkie drzwiczki. Karol rąbie je na pniaku przed obórką, siekierą do łupania, zawsze w okularach ochronnych i butach z twardym noskiem. Ja w tym czasie nie stoję obok, tylko układam to, co już porąbane, kilka metrów dalej. Polano potrafi odskoczyć w zupełnie nieprzewidzianą stronę.

Rąbiemy w dzień, nigdy po zmroku z czołówką, i nigdy, kiedy któreś z nas jest zmęczone po pracy. Przy zmęczeniu siekiera ląduje tam, gdzie nie powinna. Sąsiad zza płotu mówi, że więcej wypadków przy drewnie widział w listopadowe wieczory niż przez cały rok przy żniwach.

Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz

  • Drewno na kolejną zimę kupowalibyśmy już wiosną albo na początku lata, żeby jeszcze przeschło u nas na podwórku.
  • Przy każdym sprzedawcy prosilibyśmy o przełupanie jednego polana na miejscu i pomiar w środku, zanim przyczepa wyjedzie z jego placu.
  • Od pierwszego dnia zapisywalibyśmy, ile skrzynek drewna idzie dziennie przy jakim mrozie. Wtedy liczyłoby się zapas, a nie zgadywało.
  • Paletę pod drewno dostalibyśmy za darmo od sąsiada, gdybyśmy wcześniej zapytali. Dwie kupiliśmy niepotrzebnie.

Pisze Ilona i Karol. Ilona jest farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje w Elblągu, a dziś obsługuje gminną stację uzdatniania wody. Od 2025 roku mieszkają w ceglanym domu z 1912 roku na Powiślu. Pisze Ilona, Karol mierzy, wierci i prowadzi zeszyt prac z kosztami. Z nimi bura kotka Mimka.