Przeskocz do czytania
Menu

Na wsi

Pół roku na wsi. Co nas zaskoczyło po przeprowadzce z miasta

12 kwietnia 2026 5 minut czytania Ilona i Karol

Stary dom z czerwonej cegły z ogrodem w wiosenny poranek

W październiku zamieniliśmy mieszkanie w bloku w Elblągu na ceglany dom z 1912 roku na Powiślu. Po pierwszej zimie spisaliśmy, co nas zaskoczyło, co okazało się prostsze, niż myśleliśmy, i czego nikt nam wcześniej nie powiedział.

W praktyce

Czas pracy
pół roku, od października do kwietnia
Koszt
ok. 2500 zł na przeprowadzkę (2025)
Trudność
średnie

W pierwszą ciepłą sobotę kwietnia otworzyliśmy na oścież drzwi z sieni na podwórko i zostawiliśmy je tak do wieczora. Pierwszy raz od października. Mimka stała w progu dobre dziesięć minut, wąchała powietrze, potem postawiła jedną łapę na trawie i cofnęła ją, jakby trawa była mokra. Była mokra. Karol powiedział, że to idealny moment na podsumowanie, bo przetrwaliśmy zimę i jeszcze nie zaczęliśmy się bać wiosny.

Jesteśmy Ilona i Karol. Przez kilkanaście lat mieszkaliśmy w Elblągu, w bloku z lat siedemdziesiątych, na trzecim piętrze, na 48 metrach. Ja jestem farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje. W lipcu 2025 roku kupiliśmy stary dom z czerwonej cegły na Powiślu, czterdzieści kilka kilometrów od miasta, z trzydziestoma arami ziemi, sadem i obórką. W październiku przenieśliśmy się na stałe. Ten serwis to nasz zeszyt z tego, co robimy przy domu i w ogrodzie, z kosztami i błędami.

Zima przy piecach

Najbardziej baliśmy się zimy i słusznie. Dom ma dwa piece kaflowe, zielony w dużym pokoju i brązowy w sypialni, do tego kuchnię kaflową. W bloku ciepło po prostu było. Tutaj ciepło trzeba zrobić, a potem go pilnować.

Pierwsze dwa tygodnie paliliśmy źle. Za dużo drewna naraz, za wcześnie zamknięty szyber, dym w pokoju, raz otwarte wszystkie okna w listopadzie. Sąsiad zza płotu przyszedł, popatrzył na nasze polana i zapytał, skąd je mamy. Były za mokre. Od tamtej pory kupujemy drewno sezonowane i paliliśmy już porządnie, choć w lutym i tak go zabrakło.

Stary dom wychładza się szybko, ale też szybko się nagrzewa, jeśli piec jest w dobrym stanie. Kafle trzymają ciepło do rana. Na najzimniejsze noce dokupiliśmy dwa grzejniki elektryczne, bo przy kilkunastu stopniach mrozu sypialnia od strony północnej robiła się chłodna już o czwartej nad ranem. Mimka znalazła swoje miejsce w pierwszym tygodniu: na zielonym piecu, na samej górze, gdzie kafle są najcieplejsze. Nie zeszła stamtąd do marca.

Sklep do osiemnastej i autobus kilka razy dziennie

W mieście nie myśleliśmy o zakupach. Wychodziło się po chleb, kiedy chleb się kończył. We wsi jest jeden sklep spożywczy, czynny do osiemnastej, w niedzielę zamknięty. Najbliższy większy sklep i apteka, w której teraz pracuję, są osiem kilometrów dalej, w miasteczku.

Nauczyliśmy się robić listę. Prawdziwą, na kartce przypiętej pinezką do drzwi spiżarni, a nie w głowie. Raz w tygodniu duże zakupy w miasteczku, raz w miesiącu wyjazd do Elbląga po rzeczy, których nigdzie bliżej nie ma. W spiżarni zawsze stoi zapas mąki, kaszy, makaronu i puszek, bo w styczniu przez dwa dni droga do miasteczka była nieprzejezdna dla naszego kombi.

Autobus jeździ kilka razy dziennie, rano częściej, wieczorem wcale. Z jednym autem we dwoje trzeba się dogadywać. Karol od stycznia pracuje w gminnej stacji uzdatniania wody, ja cztery dni w tygodniu w aptece. Grafik mamy rozpisany w kalendarzu na drzwiach kuchni i bez niego byśmy się pogubili.

Ciemność, cisza i ludzie, którzy mówią dzień dobry

Pierwszej nocy obudziła nas cisza. To brzmi jak zdanie z ulotki, ale tak było. Żadnego autobusu nocnego, żadnej windy, żadnego sąsiada z wiertarką. Druga rzecz to ciemność. We wsi świecą trzy latarnie, przy kościele, przy przystanku i przy sklepie. Do furtki od strony sadu chodzimy z czołówką.

Ludzie mówią dzień dobry. Wszyscy, każdemu, także dzieci w drodze do autobusu. W bloku przez dwanaście lat nie znaliśmy imion sąsiadów z naszego piętra. Tutaj po dwóch tygodniach wszyscy wiedzieli, że to my kupiliśmy „ten dom po starszym panu”, że Karol jeździł tramwajem i że mamy kota, który siedzi w oknie.

Sąsiad zza płotu, emerytowany rolnik, jest naszym najlepszym źródłem wiedzy o tym, co, kiedy i dlaczego. Nie udziela rad, dopóki się go nie zapyta. Kiedy się zapyta, odpowiada krótko i zwykle ma rację. Sołtyska przyniosła nam w listopadzie kalendarz wywozu śmieci i numer do pana z wozem asenizacyjnym, bo we wsi nie ma kanalizacji, jest szambo.

Błotnista wiejska droga z kałużami na przedwiośniu
Błotnista wiejska droga z kałużami na przedwiośniu

Błoto w marcu i dom, który ma swoje zdanie

Marzec był miesiącem błota. Glina na Powiślu jest ciężka, po roztopach trzyma wodę tygodniami. Ścieżka od furtki do drzwi zamieniła się w rynnę, a my w ludzi, którzy zostawiają buty w sieni i w kapciach przechodzą do kuchni. Kalosze to pierwsza rzecz, którą kupiliśmy w drugim tygodniu, drugą parę dokupiliśmy dla gości.

Dom ma sto czternaście lat i swoje przyzwyczajenia. Drzwi do spiżarni zamykają się same, jeśli w sieni jest przeciąg. Piwnica pachnie wilgocią, kiedy pada dłużej niż dwa dni. W kuchni podłoga opada w stronę okna o kilka centymetrów, co Karol sprawdził poziomicą i czego nie da się nie zauważyć, kiedy toczy się po niej jabłko. Nie wszystko trzeba od razu naprawiać. Na razie spisujemy.

Zeszyt prac zaczął Karol w listopadzie. Zwykły zeszyt A4 w kratkę, leży na parapecie w kuchni. Każda praca ma datę, liczbę godzin, koszt i jedno zdanie o tym, co poszło nie tak. Paragony wklejamy taśmą. Po pół roku jest w nim prawie czterdzieści pozycji, od wymiany zamka w drzwiach do obórki po przeczyszczenie rynny, która od lat lała wodę prosto pod ścianę.

Co okazało się prostsze, niż myśleliśmy

Prostsze było życie bez tylu sklepów. Kupujemy mniej, bo nie mamy jak kupować więcej. Prostsze było też dogadanie się z ludźmi. Wystarczyło pytać i nie udawać, że się wie.

Trudniejsze było wszystko, co wiąże się z pogodą i ciepłem. I czas. W mieście sobota była wolna. Tutaj sobota to dzień, w którym w końcu można zająć się rynną, drewnem, ogrodem albo piwnicą, a w niedzielę rano przy kawie siadam do pisania. Starego domu nie da się przyspieszyć. My też się tego uczymy.

Przeprowadzka z mieszkania w bloku kosztowała nas około 2500 zł razem z wynajętym busem, kartonami i dwoma dniami urlopu. Sam dom to osobna historia, o niej będziemy pisać po kawałku: o wilgoci, o instalacji, o ogrodzie na glinie i o obórce, z której Karol chce zrobić warsztat.

Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz

  • Drewno na zimę kupilibyśmy w sierpniu, a nie w październiku, i od razu o jedną trzecią więcej, niż wydaje się rozsądne.
  • Przed przeprowadzką spędzilibyśmy w domu przynajmniej jedną noc w deszczu. Wtedy widać, gdzie kapie i co pachnie piwnicą.
  • Czołówkę i kalosze dla każdego kupilibyśmy pierwszego dnia, a nie po pierwszym upadku w błoto przy furtce.
  • Zaczęlibyśmy zeszyt prac od dnia podpisania umowy. Pierwsze trzy miesiące odtwarzamy z pamięci i z paragonów w szufladzie.

Pisze Ilona i Karol. Ilona jest farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje w Elblągu, a dziś obsługuje gminną stację uzdatniania wody. Od 2025 roku mieszkają w ceglanym domu z 1912 roku na Powiślu. Pisze Ilona, Karol mierzy, wierci i prowadzi zeszyt prac z kosztami. Z nimi bura kotka Mimka.