Kiedy sadzić pomidory do gruntu

Połowę rozsady posadziliśmy 8 maja, bo było ciepło i nie mogliśmy się doczekać. Trzy noce później przymrozek przy ziemi zabrał nam sześć krzaków. Drugą połowę posadziliśmy po zimnej Zośce i rośnie jak trzeba. Piszemy, kiedy sadzić pomidory, jak hartować rozsadę i jak je posadzić na glinie.
W praktyce
- Czas pracy
- dwa popołudnia plus tydzień hartowania
- Koszt
- 60-120 zł na paliki i włókninę (2026)
- Trudność
- łatwe
Rano 11 maja wyszłam do ogrodu w kurtce i zatrzymałam się przy pierwszej grządce. Sześć krzaczków pomidorów, które posadziliśmy trzy dni wcześniej w najniższej części warzywnika, stało z liśćmi ciemnymi, szklistymi i oklapniętymi. Na trawie przy płocie był jeszcze szron. Termometr przy oknie kuchni pokazywał plus dwa stopnie. Przy ziemi było mniej.
Pomidory wysiewaliśmy w marcu na parapecie w kuchni, w kubeczkach po jogurtach. Przez dwa miesiące przestawialiśmy je z okna na okno za słońcem i podlewaliśmy łyżką. Na początku maja przyszło kilka ciepłych dni, ponad dwadzieścia stopni po południu, i uznaliśmy, że już. Sąsiad zza płotu, kiedy zobaczył nasze świeże sadzonki, pokiwał głową i powiedział: „po Zośce”. Tym razem też miał rację.
Dlaczego po połowie maja
Pomidor to roślina, która nie znosi zimna. Przymrozek, nawet krótki, niszczy liście i pędy, a kilka nocy po kilka stopni nad zerem zatrzymuje wzrost na tydzień albo dwa. Dlatego w większości Polski pomidory sadzi się do gruntu po zimnych ogrodnikach, czyli po 12-15 maja, a ostatni z nich to zimna Zośka. To nie jest przesąd, tylko stara obserwacja, że w tym czasie jeszcze zdarzają się chłodne noce. W zachodniej Polsce bywa trochę wcześniej, na wschodzie i w zagłębieniach terenu później.
Ważne jest to, co dzieje się przy ziemi. Prognoza mówi o temperaturze mierzonej na wysokości dwóch metrów. Przy gruncie w pogodną, bezwietrzną noc bywa o kilka stopni zimniej. Zimne powietrze spływa w dół i zbiera się w najniższych miejscach. U nas najniższy jest róg warzywnika przy płocie i dokładnie tam padło sześć krzaków. Te posadzone trzy metry wyżej przeżyły z kilkoma przypalonymi liśćmi.
Drugi warunek to ciepła ziemia. Glina nagrzewa się wiosną wolniej niż piasek. Korzenie pomidora w zimnej glebie nie pracują, roślina stoi i żółknie. Sadzimy, kiedy ziemia na głębokości kilkunastu centymetrów ma przynajmniej kilkanaście stopni, a noce przestają spadać poniżej dziesięciu.
Hartowanie, czyli tydzień przestawiania
Rozsada z parapetu jest jak człowiek, który przez dwa miesiące nie wychodził z domu. Słońce, wiatr i chłód nocą ją szokują. Liście potrafią zbieleć od słońca w jeden dzień.
Drugą połowę rozsady hartowaliśmy przez tydzień. Pierwszego dnia wystawiliśmy kubeczki na ławkę pod ścianą domu, w cieniu, na dwie godziny. Potem codziennie trochę dłużej i trochę więcej słońca. Od piątego dnia stały na dworze cały dzień, a na noc wracały do sieni. Ostatnie dwie noce, ciepłe, spędziły na zewnątrz.

Jak sadziliśmy na glinie
Doły kopaliśmy głębokie, na szerokość łopaty. Na dno po garści kompostu z pryzmy sąsiada, wymieszanego z ziemią. Pomidora sadzi się głębiej, niż rósł w doniczce, nawet po pierwsze liście. Na zakopanej części łodygi wyrastają korzenie i roślina lepiej się trzyma. Wygięte, wybujałe sadzonki kładliśmy w dołku lekko skośnie, wierzchołkiem do góry.
Paliki wbiliśmy przed sadzeniem, nie po. Wbity później palik potrafi przebić korzenie. Używamy kijów z leszczyny z żywopłotu za sadem, mają prawie dwa metry, a te, których zabrakło, dokupiliśmy w miasteczku. Pomidory przywiązujemy miękkim sznurkiem, luźną ósemką, żeby nie wrzynał się w łodygę.
Odstępy: pół metra w rzędzie, osiemdziesiąt centymetrów między rzędami. Na początku wygląda to pusto. W sierpniu nie będzie gdzie przejść.
Po posadzeniu każdy krzak dostał po konewce wody prosto pod korzeń, a nie po liściach. Pomidory nie lubią mokrych liści, wtedy łatwiej o choroby grzybowe. Wokół roślin położyliśmy cienką warstwę skoszonej trawy, przeschniętej przez dzień, żeby glina nie pękała i nie traciła wody. O podlewaniu latem napiszemy osobno, bo na glinie to osobna sztuka.
Co robić, kiedy zapowiadają przymrozek
Po naszej lekcji z 11 maja mamy w szopie rolkę agrowłókniny. Kosztowała kilkadziesiąt złotych i wystarczy na kilka sezonów. Jeśli prognoza na noc spada w okolice zera albo niebo jest czyste i nie ma wiatru, wieczorem przykrywamy pomidory włókniną luźno, na palikach, i dociskamy brzegi kamieniami. Rano, kiedy słońce przygrzeje, zdejmujemy. Na kilka stopni to wystarczy.
Na szybko, kiedy włóknina jest w praniu, sprawdzają się też odwrócone wiadra i stare firanki. Folia bezpośrednio na liściach jest gorsza, bo przewodzi zimno.
Z sześciu przemrożonych krzaków cztery wypuściły nowe pędy od dołu po dwóch tygodniach. Dwa wykopaliśmy. Zamiast nich posadziliśmy rozsadę od sąsiadki z naprzeciwka, która zawsze ma kilka za dużo. W zeszycie prac ta pozycja ma dwie daty i dopisek Karola: „następnym razem słuchamy sąsiada”.
Grządka z marchwią i groszkiem, którą siałam w kwietniu do gruntu, przeżyła ten sam przymrozek bez kłopotu. Rośliny siewne, które wzeszły w chłodzie, są twardsze niż rozsada z kuchennego parapetu.
Pierwsze tygodnie po posadzeniu
Rozsadę sadziliśmy po południu, w pochmurny dzień, a nie w pełnym słońcu. Młode rośliny wtedy mniej więdną, a noc daje im czas, żeby dojść do siebie. Jeśli sadzi się w upalne przedpołudnie, liście potrafią zwisnąć jak mokra ścierka, nawet przy podlanej ziemi.
Pomidor po posadzeniu przez kilka dni stoi i wygląda na obrażonego. Liście dolne mogą trochę zżółknąć, wzrostu prawie nie widać. Roślina buduje korzenie. Nie dokarmialiśmy jej w tym czasie niczym, tylko pilnowaliśmy, żeby ziemia przy korzeniach nie wyschła.
Po dwóch tygodniach zaczęły się pojawiać pierwsze pędy w kątach liści, tak zwane wilki. U pomidorów wysokich, palikowych, wyłamujemy je palcami, póki są małe, żeby roślina rosła w jeden pęd i dawała owoce, a nie gąszcz liści. Robimy to rano, kiedy łodygi są jędrne i pędy łamią się czysto. Odmiany niskie, krzaczaste, zostawiamy w spokoju.
Sąsiadka z naprzeciwka dała nam jeszcze jedną radę: nie sadzić pomidorów obok ziemniaków, bo chorują na tę samą zarazę. Ziemniaków w tym roku nie mamy, ale u sąsiada rosną kilka metrów za płotem. Zobaczymy w sierpniu.
Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz
- Pomidory posadzilibyśmy w najwyższej części warzywnika, a w najniższej coś, co znosi chłód, na przykład kapustę.
- Siewu nie zaczynalibyśmy w połowie marca, tylko pod koniec. Rozsada nie wybujałaby na parapecie do pół metra.
- Termometr powiesilibyśmy nisko przy grządkach, nie przy oknie kuchni. Pokazałby prawdę o nocy w warzywniku.
- Kupilibyśmy mniej odmian. Pięć rodzajów pomidorów na trzydzieści krzaków to za dużo do zapamiętania, co gdzie rośnie.




