Czy można palić liście w ogrodzie

W październiku nad wsią co kilka dni wisi dym z ognisk z liśćmi. Sprawdziliśmy w gminie, czy tak wolno, i co w zamian robimy z liśćmi, gałęziami i resztkami z ogrodu.
W praktyce
- Czas pracy
- jedna wizyta w gminie, potem co tydzień
- Koszt
- 0 zł ponad opłatę za śmieci (2026)
- Trudność
- łatwe
W drugą sobotę października powiesiłam pranie na sznurku za domem i po godzinie zdjęłam je z powrotem, bo pachniało jak wędzarnia. Kilka posesji dalej ktoś palił liście. Dym szedł nisko, wzdłuż drogi, nad naszym sadem i przez otwarte okno do kuchni. Zamknęłam okno i poszłam do Karola z pytaniem, które chodziło za nami od zeszłej jesieni: czy tak w ogóle wolno?
Rok temu nie mieliśmy jeszcze liści do grabienia, bo przyjechaliśmy w połowie października. W tym roku pięć jabłoni, grusza i śliwa dały ich tyle, że część trzeba było gdzieś wywieźć. Sąsiad zza płotu powiedział, że „zawsze się paliło”. Pani w sklepie, że „teraz już nie wolno”. Postanowiliśmy sprawdzić u źródła.
Co mówią przepisy
Zaczęliśmy od internetu, a skończyliśmy w gminie, bo w internecie każdy pisał co innego. Ogólna zasada jest w ustawie o odpadach. Odpady, także liście, gałęzie i skoszona trawa z ogrodu, nie mogą być spalane poza instalacjami do tego przeznaczonymi. Ustawa zostawia jednak wyjątek: rada gminy może w uchwale pozwolić na spalanie odpadów roślinnych w ogrodzie, jeśli nie są one odbierane w ramach gminnego systemu odbioru śmieci. Do tego dochodzą przepisy o ochronie przyrody i przeciwpożarowe, na przykład zakaz wypalania traw i palenia ognia blisko lasu.
Drugą warstwą są uchwały antysmogowe sejmików województw. W części województw dotyczą głównie pieców i kotłów, w części zawierają też zapisy o spalaniu odpadów. Każde województwo ma inną, więc nie ma jednej odpowiedzi na całą Polskę.
Trzecia rzecz to regulamin utrzymania czystości i porządku w gminie. To w nim zapisane jest, jak gmina odbiera odpady zielone, ile razy w roku i w jakich workach.
Co usłyszeliśmy w gminie
Pani z referatu ochrony środowiska w urzędzie gminy wyjaśniła nam to w pięć minut, z regulaminem w ręku. W naszej gminie odpady zielone są odbierane w ramach opłaty za śmieci. Od wiosny do jesieni raz na dwa tygodnie, zimą rzadziej. Do tego można je samemu zawieźć do punktu selektywnej zbiórki odpadów komunalnych, który jest w miasteczku, bez dodatkowej opłaty w ramach limitu.
Skoro gmina odpady zielone odbiera, palenie liści w ogrodzie u nas nie jest dozwolone. Za spalanie odpadów grozi mandat. Nie dotyczy to ogniska rekreacyjnego z suchego drewna, przy którym piecze się kiełbaski, o ile nie pali się w nim śmieci i liści i zachowuje odległość od budynków i lasu.
Zapytaliśmy, czy ludzie o tym wiedzą. Pani uśmiechnęła się i powiedziała, że wiedzą, ale „tak się zawsze robiło”. Gmina co roku przypomina o tym w ulotce przy harmonogramie wywozu. Nikt jej nie czyta, łącznie z nami do zeszłego tygodnia.
Zapytaliśmy jeszcze o jedną rzecz: co z liśćmi, jeśli ktoś ma ich tyle, że nie mieszczą się w workach. Okazało się, że do punktu zbiórki można je zawieźć luzem, w przyczepce albo w workach, wystarczy mieć przy sobie dowód, że płaci się opłatę za śmieci w tej gminie.
Jeśli mieszkasz w innej gminie, sprawdź u siebie. Przepisy wyglądają podobnie, ale regulamin i uchwała mogą się różnić. Najszybciej jest zadzwonić do urzędu albo zajrzeć do harmonogramu odbioru odpadów.

Dlaczego dym z liści przeszkadza
Nie chodzi tylko o pranie na sznurku. Mokre liście palą się słabo, w niskiej temperaturze, i dymią dużo bardziej niż suche drewno. W jesiennym, wilgotnym powietrzu dym nie idzie w górę, tylko snuje się nisko między domami. Jako farmaceutka widzę każdej jesieni w aptece ludzi z kaszlem i podrażnionymi oczami, osoby z astmą i rodziców z dziećmi, którzy pytają, czemu dziecko kaszle tylko w weekendy. Nie twierdzę, że to zawsze przez ogniska sąsiadów. Ale dym z mokrych liści to nic dobrego dla płuc.
Jest jeszcze jeden powód. W stercie liści, która leży przez kilka dni przed spaleniem, zimują jeże, ropuchy i owady. Kiedy podpala się taką stertę, nie ma ich jak wypuścić.
Co robimy z liśćmi zamiast ognia
Większość liści nie wyjeżdża od nas wcale. Ze zdrowych liści robimy kompost. Przekładamy je skoszoną trawą i resztkami z kuchni w kompostowniku, który postawiliśmy we wrześniu i opisałam w poradniku o zakładaniu kompostownika. Po roku albo półtora będzie z nich ziemia na warzywnik.
Część liści zostaje tam, gdzie spadła. Pod krzewami, w ogródku przed domem przy bylinach i w kącie za obórką, gdzie leży sterta gałęzi dla jeży. Na trawniku liście rozdrabniamy kosiarką z koszem na ostatnim koszeniu w sezonie. Pocięte i zmieszane z trawą idą na grządki jako ściółka.
Do worków na odpady zielone trafiają tylko liście chore, z plamami parcha z jabłoni, oraz grube gałęzie, które nie zmieszczą się w kompoście. W październiku wystawiamy przy furtce dwa-trzy worki co dwa tygodnie. Gałęzie po cięciu starych jabłoni Karol tnie na kawałki i układa pod nową wiatą jako podpałkę.
Ile tego jest? Z naszych trzydziestu arów, z pięcioma jabłoniami, gruszą i śliwą, przez październik zgrabiliśmy mniej więcej dwadzieścia taczek liści. Około dwóch trzecich poszło do kompostownika i pod krzewy, reszta, czyli kilka worków, wyjechała z gminnym odbiorem. Grabienie zajmowało nam w weekend godzinę, czasem półtorej, we dwoje. To mniej czasu, niż trwałoby pilnowanie ogniska z mokrymi liśćmi, które dymi do wieczora.
Gałęzi po cięciu jabłoni nie było dużo, bo poważniejsze cięcie zostawiamy na koniec zimy. Grubsze kawałki schną pod wiatą, cieńsze wiążemy sznurkiem w pęczki i wystawiamy w dniu odbioru. Część gmin pozwala też na wywiezienie gałęzi do punktu zbiórki albo organizuje jesienią zbiórkę gałęzi z rozdrabniaczem. U nas taka zbiórka jest raz w roku, w listopadzie, i zapisaliśmy ją w kalendarzu na drzwiach kuchni.
Sąsiada zza płotu nie przekonaliśmy. Ale w tym roku zapytał, czy może wrzucić swoje liście do naszego kompostownika. Zgodziliśmy się. Pierwsza mała zmiana.
Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz
- Harmonogram odbioru odpadów od sołtyski przeczytalibyśmy w całości od razu, łącznie z ulotką. Tam jest odpowiedź na połowę pytań, które zadawaliśmy w tym roku.
- Kompostownik postawilibyśmy w pierwszym roku, przed pierwszą jesienią, a nie dopiero w drugim.
- Zapasowe worki na odpady zielone bralibyśmy z gminy od razu po kilka, a nie po jednym, bo w październiku kończą się w tydzień.
- Stertę gałęzi dla jeży zrobilibyśmy w miejscu, które nie przeszkadza przy koszeniu. Teraz kosimy wokół niej.




