Przeskocz do czytania
Menu

Remont

Wiata na drewno. Czy trzeba ją zgłaszać i jak ją postawiliśmy

6 września 2026 5 minut czytania Ilona i Karol

Nowa drewniana wiata z blaszanym dachem obok ogrodu

Po starej drewutni zostały wiosną deski na opał i prostokąt gołej ziemi. Przez cztery weekendy na przełomie sierpnia i września stawialiśmy w tym miejscu drewnianą wiatę na drewno i rowery. Piszemy, co sprawdziliśmy w przepisach, z czego ją zbudowaliśmy i ile kosztowała.

W praktyce

Czas pracy
cztery weekendy we dwoje
Koszt
4500-5500 zł (2026)
Trudność
trudne

W pierwszą sobotę września, rano, Karol wszedł na drabinę z wkrętarką, wkręcił ostatni wkręt w ostatni arkusz blachy, zszedł i stanął obok mnie na środku podwórka. Patrzyliśmy na wiatę przez dobrą minutę. Nie jest piękna. Jest prosta, z jasnego drewna, które dopiero zacznie szarzeć, i ma dach, pod którym przez całą zimę będzie sucho. Pierwsze, co Karol powiedział, to że tylny słup ma półtora milimetra odchyłki. Nikt poza nim tego nie zobaczy.

Stara drewutnia stała przy obórce od nie wiadomo kiedy. Wiosną rozebraliśmy ją, bo deski zbutwiały od dołu, a dach przeciekał w trzech miejscach. Część desek poszła na regał w piwnicy i na stół warsztatowy, reszta na rozpałkę. Drewno na zimę, o którym pisałam przy liczeniu opału, czekało pod plandeką. Wiata miała stanąć na początku września i, o dziwo, zdążyła.

Najpierw przepisy, potem łopata

Zanim kupiliśmy choćby jedną kantówkę, sprawdziliśmy, co mówią przepisy. Prawo budowlane pozwala postawić bez pozwolenia na budowę wiatę o powierzchni zabudowy do 50 metrów kwadratowych na działce, na której stoi dom mieszkalny. Jest też limit liczby takich wiat: najwyżej dwie na każde tysiąc metrów kwadratowych działki. U nas, przy trzydziestu arach, to nie problem.

Ze zgłoszeniem było więcej zamieszania, bo przepisy w tej sprawie zmieniały się w ostatnich latach kilka razy, a w internecie wiszą wszystkie wersje naraz. Pojechaliśmy więc do starostwa, do wydziału, który zajmuje się budownictwem, z rysunkiem wiaty na kartce i wymiarami. Urzędniczka przejrzała, zapytała o powierzchnię, wysokość i miejsce na działce, i powiedziała, co w naszym przypadku trzeba, a czego nie. Radzimy zrobić tak samo, bo odpowiedź zależy od wielkości wiaty, działki i tego, co jest w planie miejscowym.

Plan miejscowy to druga rzecz. Nasza wieś ma plan dla części terenu, w gminie można go przejrzeć albo dostać wypis. Sprawdziliśmy, czy nie ma tam zapisów o wyglądzie budynków gospodarczych, dachach czy kolorze. Nie było. Trzecia sprawa to odległość od granicy z sąsiadem. Postawiliśmy wiatę ponad cztery metry od płotu i spadek dachu skierowaliśmy na naszą stronę. Woda z naszego dachu nie może spływać na działkę sąsiada i to jest zasada, której pilnuje się na wsi bardziej niż czegokolwiek innego.

Stopy betonowe, czyli trzy dni w glinie

Wiata ma trzy na pięć metrów, sześć słupów i dach jednospadowy. Wymiar wyszedł z tego, co chcieliśmy pod nią trzymać: szesnaście metrów przestrzennych drewna w dwóch rzędach, dwa rowery i taczkę, z przejściem pośrodku.

Słupy stoją na betonowych stopach. Pod każdą wykopaliśmy dół mniej więcej czterdzieści na czterdzieści centymetrów i głęboki na około metr, bo na Powiślu ziemia zimą przemarza dość głęboko, a stopa powyżej granicy przemarzania potrafi się na wiosnę podnieść. Glina była twarda jak cegła. Kopaliśmy szpadlem i świdrem ręcznym pożyczonym od sąsiada, sześć dołów zajęło dwa dni. Mimka obejrzała każdy z nich, ale do żadnego nie weszła.

Na dno sypaliśmy kilka centymetrów żwiru, potem beton z betoniarki, też pożyczonej. W świeży beton wpuściliśmy stalowe kotwy do słupów, takie z ocynkowanej blachy, które trzymają drewno kilka centymetrów nad betonem. To ważne: słup wkopany w ziemię albo postawiony bezpośrednio na betonie zgnije od dołu, jak nasza stara drewutnia. Kotwy ustawialiśmy na sznurku i poziomicą, a beton zostawiliśmy na tydzień, żeby porządnie związał.

Betonowa stopa z kotwą stalową pod drewniany słup
Betonowa stopa z kotwą stalową pod drewniany słup

Słupy, belki i dach z blachy

Konstrukcję zrobiliśmy z kantówki sosnowej, impregnowanej ciśnieniowo w tartaku. Słupy dwanaście na dwanaście centymetrów, belki na górze tej samej grubości, krokwie węższe. Przód wiaty jest wyższy o kilkadziesiąt centymetrów od tyłu, co daje spadek dachu mniej więcej dziesięć stopni. Przy blasze to wystarcza, żeby woda spływała, a śnieg nie zalegał zbyt długo.

Słupy przykręcaliśmy do kotew śrubami, a belki do słupów przez stalowe kątowniki i śruby zamiast samych gwoździ. Do pionu i poziomu Karol miał długą poziomicę i laser pożyczony od kolegi z gminy. Dwa skośne zastrzały przy każdym słupie usztywniają całość, bez nich wiata lekko kiwała się przy pchnięciu ręką. Na krokwie poszły łaty, na łaty blacha trapezowa w kolorze grafitowym, przykręcana wkrętami z uszczelką w co drugą falę.

Pod blachą zostawiliśmy szczelinę wentylacyjną od strony wyższej. Drewno pod wiatą ma schnąć, a nie stać w zatęchłym powietrzu. Ściany boczne zrobiliśmy tylko od zachodu i od północy, z desek przybitych z odstępami, żeby przewiewało, a deszcz nie zacinał. Front jest otwarty.

Ile to kosztowało i ile trwało

Materiał wyszedł około 4500 zł: kantówka i deski z tartaku, blacha, kotwy, śruby, kątowniki, wkręty, cement i żwir. Do tego kilkaset złotych za wypożyczenie wiertarki udarowej i zakup brakujących wierteł oraz wkrętów, bo te pierwsze były za krótkie. Betoniarkę, świder i laser pożyczyliśmy. Kantówkę przywiózł tartak, blachę i resztę drobiazgów dowieźliśmy pod koniec sierpnia własną, świeżo kupioną przyczepką.

Czasowo zajęło nam to cztery weekendy, od połowy sierpnia do pierwszej soboty września. Pierwszy na wytyczenie i kopanie, drugi na beton i czekanie, trzeci na słupy, belki i krokwie, czwarty na dach i boki. Karol w tygodniu po pracy docinał krokwie, ja impregnowałam końce desek po cięciu. Był to najtrudniejszy projekt tego lata i jedyny, przy którym oboje mieliśmy odciski na tych samych palcach.

Drewno jest już ułożone. Wiatę z drewutni różni przede wszystkim to, że wszystko w niej stoi nad ziemią i schnie. Za kilka lat pewnie trzeba będzie zaimpregnować ją jeszcze raz, ale konstrukcja ma posłużyć dłużej niż my przy tym domu.

Najbardziej nerwowym momentem było zakładanie krokwi i blachy. Robiliśmy to we dwoje, z dwóch drabin, nigdy w pojedynkę. Arkusz blachy przy podmuchu wiatru zachowuje się jak żagiel, więc dach kładliśmy w bezwietrzny poranek, a nie po południu, kiedy na Powiślu zwykle zaczyna wiać. Krawędzie blachy tną jak nóż, rękawice były obowiązkowe przez cały czas.

Drabiny stawialiśmy na deskach, bo glina pod wiatą była rozjeżdżona i miękka. Karol przez czternaście lat w tramwaju nauczył się jednej rzeczy, którą powtarza przy każdej robocie na wysokości: najpierw sprawdź, na czym stoisz, potem patrz w górę.

Gdybyśmy zaczynali jeszcze raz

  • Do starostwa poszlibyśmy z rysunkiem już w maju, a nie w lipcu. Odpowiedź dostaliśmy szybko, ale cały czas przed nią planowaliśmy na niepewnym gruncie.
  • Doły pod stopy kopalibyśmy w kwietniu albo w październiku, kiedy glina jest wilgotna, a nie w sierpniowym słońcu.
  • Kupilibyśmy od razu wkręty z zapasem, w dwóch długościach. Trzy dodatkowe kursy do sklepu to pół dnia pracy.
  • Wiatę zrobilibyśmy o pół metra dłuższą. Drewno, rowery i taczka już się mieszczą, ale kosiarka nie.

Pisze Ilona i Karol. Ilona jest farmaceutką, Karol przez czternaście lat prowadził tramwaje w Elblągu, a dziś obsługuje gminną stację uzdatniania wody. Od 2025 roku mieszkają w ceglanym domu z 1912 roku na Powiślu. Pisze Ilona, Karol mierzy, wierci i prowadzi zeszyt prac z kosztami. Z nimi bura kotka Mimka.